Tomek Woźniak

Znam to hasło [Eternia] przede wszystkim właśnie jako tytuł płyty Eldo, kojarzę je też z jakichś bluz, natomiast w bio na twoim fanpage’u jest info, że jesteś pomysłodawcą „projektu” eternia.pl. Na czym właściwie ten projekt polegał?

Doszedłem po prostu do wniosku, że na scenie hiphopowej potrzebny jest ktoś, kto profesjonalnie zająłby się pośredniczeniem w organizowaniu koncertów i załatwianiu innych związanych z działalnością artystyczną spraw. Wcześniej, z racji studiowania prawa, od czasu do czasu byłem proszony o jakieś porady. Mimo że w końcu nie zostałem zawodowym prawnikiem, prawo autorskie było jednym z bardziej interesujących mnie przedmiotów na studiach. Rynek hiphopowy powoli się profesjonalizował i w przypadku najbardziej popularnych wykonawców, takich jak Grammatik czy Pezet, zaczęły się pojawiać stawki rzędu trzy–cztery tysiące złotych za koncert – a pamiętajmy, że średnia krajowa kilkanaście lat temu wynosiła nieco ponad dwa tysiące złotych. Miałem jednak wrażenie, że to wszystko nie odbywało się tak jak powinno – i z tego powodu narodziła się Eternia, która była eksperymentem i pierwowzorem dzisiejszych agencji bookingowych.

Ciuchy sygnowane logiem Eternii również były eksperymentem – pierwsza kolekcja wyszła na dużym base’ie Massa. Wizje tworzenia firmy ubraniowej dość szybko się nam z Leszkiem rozjechały – ja uważałem, że trzeba cisnąć, zaś Leszek był na tyle oddany muzyce i pisaniu, że uznałem za bezzasadne dalsze namowy. Był i chyba nadal jest wolnym ptakiem i nie potrafiłem nawiązać z nim typowo biznesowej relacji, choć uważam go za osobę, która miała olbrzymi wpływ na moją późniejszą wrażliwość.

(...) Prawdziwe bookingi zaczęły się kilka lat później, przy okazji „Muzyki rozrywkowej” Pezeta. Załatwiłem wtedy sponsoring Henri Lloyda, po czym Paweł przyszedł i spytał, czy nie chciałbym jeszcze poogarniać mu paru rzeczy.

I zostałeś jego menedżerem.

Zgodziłem się, ale – będąc nauczony doświadczeniami z czasów Eternii – musiałem postawić jasne warunki. Wcześniej tego nie robiłem, bo wydawało mi się, że samo to, że mogę w tym uczestniczyć, jest super. Tym razem ustaliliśmy, jaki biorę procent, jaka jest minimalna stawka za koncert i na jakich zasadach współpracujemy. Pierwszy koncert promujący „Muzykę rozrywkową” zabookowałem w Lęborku. Jakiś czas przed występem Paweł spytał mnie, czy przypadkiem nie chcę z nim pojechać na próbę tam również jako DJ, bo chyba akurat nikogo nie miał pod ręką.

Ot tak?

Paweł wiedział, że mam pewne doświadczenie w przysłowiowej obsłudze sprzętu. Nie miałem jednak wtedy żadnego didżejskiego dorobku. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że opcja, w której DJ jest jednocześnie menedżerem, wydała nam się bardzo pragmatyczna. Żeby była jasność – miałem dwie stawki: za granie i za management.

Oczywiście przystałem na tę propozycję. Pomimo tego, że zdarzało mi się już wcześniej grać jakieś pojedyncze sztuki z Grammatikiem w zastępstwie za DJ-a Taśmy Trzaski (aka Daniel Drumz), zostanie DJ-em koncertowym Pezeta wiązało się z gigantycznym stresem. Zaczynało się regularne granie i było trochę za późno na to, żeby w kilka tygodni nauczyć się rutyn na poziomie DJ-a Quberta, więc musiałem wymyślić coś innego, żeby podołać wyzwaniu. Obejrzałem wiele koncertów światowej sławy artystów i zacząłem się zastanawiać, co w przypadku hiphopowych występów mi się nie podobało. Zdałem sobie sprawę, że najbardziej irytują mnie przerwy między kawałkami, które w tamtych czasach były nagminne. Być może brzmi to prozaicznie, ale nie pasowało mi to, że w trakcie sześćdziesięciominutowego koncertu było kilkanaście przerw, podczas których jeden z drugim raper coś gadali – w zależności od tego, jak bardzo byli pijani. Wpadłem wtedy na pomysł, żeby zmiksować kawałki w jedną całość, tworząc setlistę ze stopniowo rosnącym napięciem.

to nie jest hip-hop rozmowy Poprzednia