Ania Wójcik

(...) Pamiętasz, jak przebiegł twój pierwszy dzień w Prosto?

Plus minus. Posadzono mnie przy jakimś przedpotopowym komputerze – tak przedpotopowym, że nawet na uczelni były lepsze; odpalał się chyba z godzinę. Dostałam na kartce listę osób z różnych mediów, wraz z ich numerami telefonu. Moim zadaniem było zweryfikować aktualność tej listy. W międzyczasie pojawił się jeszcze jakiś temat z Yach Film Festiwal – trzeba było zgłosić klipy do niego. Prosto robiło ich wtedy dużo mniej niż teraz, ale zgłosiliśmy dwa teledyski Hemp Gru, coś od Zipery oraz Małolata z Ajronem. Musiałam zadzwonić do reżyserów i zapytać, jakiej kamery używali do kręcenia, kto był autorem scenariusza… Piliśmy tego dnia wodę z syropem malinowym… A, no i jeszcze Kołek z tym swoim pytaniem (śmiech).

Po pierwszym, później drugim i trzecim dniu czułaś, że jesteś we właściwym miejscu, czy jednak spodziewałaś się czegoś innego…?

Dość szybko się zaaklimatyzowałam. Na początku byłam totalnie zafascynowana, wszystko mi się podobało. Miałam tylko jeden problem: tych dziesięć lat temu, jak miałam coś załatwić przez telefon, to najpierw musiałam sobie napisać na kartce instrukcję. Jeden: powiedzieć to. Dwa: powiedzieć tamto.

Z jakimi mediami wówczas Prosto najściślej współpracowało?

Dziesięć lat temu silną pozycję miały jeszcze telewizje muzyczne, dlatego współpracowaliśmy z Vivą, MTV i 4FUN.TV. Wysyłaliśmy im nasze teledyski, zgrane na betacamach – takich jakby lepszych VHS-ach. Jak dostawaliśmy klip z produkcji, to on był właśnie na tej taśmie, a potem trzeba było go jeszcze skopiować na kolejne trzy czy cztery taśmy… Generalnie, dużo zamieszania; teraz jest o wiele łatwiej. Właściwie nie było też czegoś takiego jak premiera klipu – wysyłaliśmy gotowy obrazek do stacji, która mogła go albo puścić, albo nie puścić. W Prosto wrzucaliśmy dodatkowo nasze teledyski jako pliki .MPEG (w trzech różnych wielkościach) na stronę, ale nie można było ich obejrzeć z poziomu przeglądarki, tylko trzeba było najpierw pobrać na dysk.

Na jakich zasadach współpracowaliście z Vivą czy MTV?

Oni dostawali klipy i wrzucali je na rotację, a później wysyłali nam sprawozdanie, jak często te klipy są przez nich puszczane. Te stacje dawały nam też patronaty na płyty. Wcześniej trzeba było oczywiście podpisać umowę na pięćdziesiąt stron, z piętnastoma załącznikami, planem kampanii i rozpiską, kiedy będą puszczane spoty. Przez pierwsze dwa–trzy lata mojej pracy promocję medialną albumów opieraliśmy głównie na tym. Działaliśmy też z magazynami – przede wszystkim ze „Ślizgiem”, ale też chociażby z „Magazynem Hip-Hop”. Z radiem już było słabiej, wiadomo.

(...) Kończąc ten wątek – powiedz, na ile komfortowa jest dla ciebie taka sytuacja, w której jesteś jedną z niewielu kobiet w branży? Innymi słowy: czy dobrze ci się pracuje w takim – w głównej mierze męskim – gronie?

Odwracając to pytanie – nie mam za bardzo doświadczenia w pracy w damskim gronie. Nigdy nie pracowałam w mega kobiecym środowisku, ale – z drugiej strony – w całym Prosto jest coraz więcej kobiet. Lubię pracować i z kobietami, i z mężczyznami – uważam, że takie mieszane zespoły w pracy są bardziej skuteczne. To, co na pewno wiem o mężczyznach w pracy, to że nieostrożną krytyką niezwykle łatwo jest im nadepnąć na odcisk. Dając facetowi negatywny feedback, musiałam się nieźle postarać, żeby został on właściwie przyjęty. Co do zasady jednak… Nie ma co męskiego środowiska demonizować.

Nie sugeruję, że masz je demonizować – pytam o prywatne odczucia.

Nigdy nie czułam się nie w porządku. Zarówno z artystami, jak i ze współpracownikami miałam fajne relacje. W naszej ekipie byli ludzie w różnym wieku, na różnych etapach życia. Kiedy urzędowaliśmy jeszcze na Mokotowie i było nas mniej, całą firmą potrafiliśmy się skrzyknąć i pojechać z psami, dziewczynami i chłopakami do kogoś na działkę na niedzielę. Nadal spotykamy się na imprezach i jesteśmy bardzo zgrani, co uważam zresztą za jeden z większych plusów pracy w Prosto. Nie przypominam sobie ani jednej takiej sytuacji u nas, żeby ktoś komuś podkładał świnię. Nie wszyscy, którzy pracowali w Prosto, super się sprawdzali, ale nigdy nie było jakichś personalnych hardcore’ów między poszczególnymi osobami.

to nie jest hip-hop rozmowy Poprzednia